~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

http://gilewska.pl/domek-moj/

21 lipca 2015 by MGilewska

Przez 28 lat czyli od zawsze mieszkam w tym samym domu. Fajne miasto, fajna dzielnica, fajny dom. Parter, piętro. Ogródek, trawka. Wszystko nasze. Samochód nie był taty, a nasz. Ogródek nie był mamy, a nasz. Wszystko było wspólne bo byliśmy najbliższą sobie rodziną. Zapraszało się znajomych „wpadnij do mnie” chociaż dom postawił tata. Mówiło się  „my mamy audi” chociaż nie byłam jego właścicielem. W rodzinie wszystko jest od wszystkich, moich rodziców, mojego rodzeństwa i moje. Jednak sześć lat temu do „nasze” doszło „ich”, „wasze”, „jego”.

Sześć lat temu wyszłam za mąż i założyłam swoją, nową rodzinę. Chociaż rodzice i rodzeństwo zawsze pozostaną rodziną to na świecie pojawiają się nowe osoby, jeszcze bliższe, z którymi tworzę jeszcze bliższą rodzinę. Zamieszaliśmy na piętrze, rodzice zostali na dole. Rodzeństwo się wyprowadziło. I nagle to audi nie było już „nasze”, a „ich”. Ogródek nie był już „nasz”, a „ich”. Każde drzewo, każdy krzaczek owocowy nie były już „nasze” – były rodziców. I wcale nie oto chodzi, że dostaliśmy zakaz korzystania, broń Boże. W praktyce nic się nie zmieniło bo biorę sobie jabłko z drzewa kiedy mam ochotę i zapraszam do domu kogo tylko zechcę, ale nie powiem, że MY posadziliśmy to drzewo bo „my” to już nie moi rodzice i bracia. Teraz MY to jest mój mąż, moje dzieci i ja.

Tutaj gdzie jesteśmy nie jest nam źle.
Znaczy nie zawsze jest nam źle.
Czasem jest źle.
A może czasem jest dobrze?

Mąż od dawna przekonywał mnie, żeby wyjechać za granicę. Bo tam jest świetna praca, lepsze mieszkania, lepsza kasa itd. Nie chciałam i nie słuchałam go. Nie czułam się psychicznie na siłach by wyjechać i zostawić to wszystko co kiedyś, jeszcze tak niedawno było „naszej” pierwszej w moim życiu rodziny. Ne chciałam zostawiać osób, miejsc, wspomnień. Za granicą – to brzmi tak odlegle. I chociaż bardzo chciał to nie naciskał, zrozumiał moją tęsknotę i obawy. Od tamtego czasu minęło kilka lat, ja dorastam. O ile można to nazwać dorastaniem. W każdym bądź razie cały czas coś się we mnie zmienia. Moje priorytety i przekonania. Obserwuje siebie krok po kroku z ostatnich 6 lat i widzę ciągłe zmiany. Studia, ślub, pierwsza ciąża, pierwsze dziecko, druga ciąża, obrona dyplomu, blog, drugie dziecko, znów studia, trzecia ciąża, trzecie dziecko, drugi blog. Z miesiąca na miesiąc uczę się nowych rzeczy, zdobywam wiedzę, żyje i chłonę to życie. Chcę więcej, chcę iść dalej i niczym się nie ograniczać. Chcę mieć też „swój” ogródek i „swoje” jabłonki. Chcę mieć swój dom…

Kilka lat temu mężowi wpadła w ręce książka „jak być szczęśliwym człowiekiem”. Zawsze uważałam się za optymistyczną i szczęśliwą osobę więc nie zerkałam do książki, ale D zaczął ją czytać. Jeden z rozdziałów mówił o pozbyciu się przedmiotów, które go ograniczają, nawet jeśli są to przedmioty które kocha. Rozejrzał się. Akordeon. Lubił go, skończył szkołę muzyczną w klasie akordeonu właśnie, ale nie grał na nim codziennie. Nie grał nawet raz w miesiącu. Raz na kwartał? No może. Ale to za mało – stwierdził. Wpisał na listę przedmiotów do pozbycia. Kolejna była gitara basowa. Masa wspomnień i przyjemności. Kapela się rozpadła, koncertów brak. Została tylko nagrana płyta. Wpisał na listę. Wyjrzał za okno. Africa Twin. Największe z możliwych marzeń. Jak szóstka w totka albo książę z bajki dla malej dziewczynki. Wpisał na listę. Po kilku dniach, lisa spisana była na dwóch kartkach formatu A4. Dlaczego? Dlaczego znajdowało się tam tyle wspaniałych przedmiotów i jakim cudem one go ograniczają skoro je uwielbia? Sprawa prosta jak dwa plus dwa: „nie gram na akordeonie bo gram na gitarze. Nie gram na gitarze bo jeżdżę motocyklem. Jedna przyjemność ogranicza czas korzystania z drugiej. Z długiej listy skreślił to co naprawdę kochał – motocykl. Reszta powędrowała na aukcje. Obserwowałam go kiedy jechał na pocztę by wysłać sprzedany przedmiot albo kiedy osobiście wręczał ją kupującemu. Czasem było czegoś szkoda – fakt, ale potem przychodziła ulga, a z nią spokój wewnętrzny i dodatkowy czas. Czasem nawet satysfakcja kiedy otrzymywał wiadomość od kupca gitary, młodego chłopaka, który pisał że bas jest wspaniały, że rozkręca kapelę i przyśle bilety na pierwszy koncert. Poszłam w jego ślady. Zrobiłam swoją listę. Może nie dokładnie taką bo zbyt sentymentalna jestem by pozbywać się swoich ulubionych rzeczy ale znalazłam sporo tych, które są nie używane. Cześć oddałam, cześć sprzedałam. Pieniądze, ze sprzedanych rzeczy wrzucałam do skarbonki. Skarbonka nie miała jakiegoś konkretnego. Tak po prostu wrzucałam by potem policzyć ile pieniędzy leżało „nieużywanych” w mieszkaniu.

Przychodzi w życiu taki okres, że chociaż mamy zdrowie i miłość (co właściwie składa się na „mamy wszystko”) to jednak chcemy sięgnąć po większe szczęście. Ja zamarzyłam sobie swój kawałek ziemi. Wiem, że akt własności nie jest najważniejszą rzeczą w życiu. Z wdzięczności za miłość i zdrowie mogłabym całe życie mieszkać w kawalerce, jednak na całe szczęście życie ode mnie takiej wdzięczności nie oczekuje. Mogę cieszyć się tym co mam jednocześnie stawiając przed sobą kolejne cele. Na skarbonce został narysowany domek. Kolorowy, z kwiatkami i ptaszkami. W skarbonce pieniądze ze sprzedaży rzeczy które nas ograniczały, teraz pomogą nam się rozwinąć.

Spodobał mi się wtedy pewien dom. Nie był jednak na sprzedaż i chociaż nikt w nim nie mieszkał to miał domniemanego właściciela. Domów innych wiele, do koloru do wyboru, tu i tam. Małe, duże. Piętrowe i parterowe. Nic tylko kredyt brać, przelew zrobić i podjechać samochodem z jedną walizką ubrań bo wszystko inne było w środku. Żaden z nich jednak nie miał tego czegoś. żaden z nich nie był tamtym domem. Czas mijał, marzenia schodziły na dalszy plan. Do czasu kiedy nie dalej jak dwa tygodnie temu doszła do mnie informacja, że dom jest do kupienia, ale… Było jedno ale. Jest stary – starszy niż myślałam. Nie trzeba zrobić remontu – trzeba zrobić remont generalny. Najlepiej właściwie gdyby go zburzyć i postawić nowy. Nóż w serce.

Przez ostatnie dwa tygodnie zdążyłam zarejestrować się na forach budowlano-remontowych, zamęczyć znajomych budowlańców, projektantowi  fachowców w różnych dziecinach by wycisnąć z nich jak najwięcej informacji i usłyszeć, że dom da się wyremontować. Rozmawialiśmy z właścicielem i czekamy na cenę. W międzyczasie, mam nadzieje w ciągu najbliższych dni uda nam się wejść do środka i zobaczyć jak to wszystko wygląda.

Często chcąc dać szczęście innym ograniczamy mocno swoje lepsze życie. Często za bardzo zwracamy uwagę na to co pomyślą i powiedzą o nas inni. W tym wszystkim nawet nie zauważamy kiedy nasze marzenia znikają w tle marzeń innych. Boimy się zawieźć bliskich i trwamy w obojętności. Jednak od jakiegoś czasu każdego dnia przekonuję się, że idąc na przód wcale nie zostawiamy bliskich w tyle. Oni też idą, ścieżką obok naszej ścieżki. Możemy do nich wpaść, napić się kawki i poplotkować. Możemy to robić nawet codziennie bo ta ścieżka jest na wyciągniecie ręki. Już nie mam obaw i już nie będę się bać, ze zostawię bliskich i wspomnienia bo wiem, że tego nie da się zostawić. To wszystko będzie cały czas blisko mnie, na ścieżce tuż obok.

domek (1)domek (2) domek (3) domek (4) domek (5)domek (6)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

malandia.pl/blog/

Nikiszowiec,  

Najpierw szalony czas przygotowań, mnóstwo pomysłów, wiele pędzli i puszek farb. Nieład artystyczny w pracowni, obłęd w oczach i zachlapanie farbą aż po rzęsy :) Potem pakowanie i podróż. Pogoda kolejny raz wymarzona, jakby chciała dopełnić swoim ciepłem wszystkie kolory, którymi ożył Nikiszowiec. Uśmiechnięci wystawcy rozkładający stoiska, pierwsi zaciekawieni odwiedzający, a potem już eksplozja kiermaszowa: muzyka, mnóstwo ciepłych, miłych ludzi, którzy wędrowali między stoiskami, rozmowy, uśmiechy, muzyka, bańki mydlane, roześmiane dzieci. Lubię takie chwile ogromnie, chodzę wtedy jak mała dziewczynka z wielkimi oczami i jeszcze większym uśmiechem na ustach. Wreszcie spełniłam swoje marzenie- jeszcze dobrze nie rozstawiliśmy stoiska, a ja już zobaczyłam kolorowość torebek “koperska”. Obserwowałam te cudowności w  internecie, ale dostawałam oczopląsu i nie umiałam podjąć rozsądnej decyzji. Pani Dorota - czarodziejka torebkowa-okazała się niesamowita, pełna energii i ciepełka w oczach. Czuję się bogatsza o spotkanie z nią no i oczywiście mam nową torbę,śliczną.

Zamówiłam małe śliczności ceramiczne SHE, upolowałam do kolekcji domowej anioła. W swoim sąsiedztwie mieliśmy  Pracownię Hafciarską “Blue Bed”, której aranżacja stoiska wpadła nam w oko. Ich łóżko pełne ciekawych poduszek kusiło mocno. Tuż obok pełna pozytywnej energii, kolorowa ceramika. Zdjęć z tego niezwykłego dnia powstało sporo. Nikiszowiec nie tylko podbił moje serce, ale i męża i to jego obiektywem pokażę Wam jak było


Cały wpis w podanym poniżej linku:

http://malandia.pl/blog/?p=163

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

karolinawierzykowska.blogspot.com

Wyprawka przedszkolaka, poniedziałek, 30 czerwca 2014

"Przedszkole. Dla naszego jedynaka przedszkole, to 24 nowe osoby, z którymi się trzeba dogadać. Plus dwie Panie, których trzeba słuchać. To kilka godzin bez mamy i bez taty. To rozstanie z ukochaną Nianią. To śmiech, zabawa, zapewne również łza otarta ukradkiem. To nowe miejsce, nowe zabawki, nowe smaki. Nowe sytuacje. Póki On w błogiej nieświadomości żyje- przeżywam to wszystko ja. Czytamy bajki o przedszkolu i cieszę się, że w końcu i On takim dużym, samodzielnym przedszkolakiem się stanie. Ale gdzieś tam w oku łza się kręci, raz po raz. Bo przedszkole, to też koniec pewnego etapu. To też strach o to jak On sobie po radzi. W przedszkolu i... w życiu. 
Zanim do końca przetrawię wszystkie emocje z tym nowym etapem związane- zajmuję się tym najprzyjemniejszym. Wyprawką mojego przedszkolaka:) Panie na zebraniu  otworzyły nam oczy na parę spraw. Wybiły również z głowy pomysł by dziecko do przedszkola wyposażyć w nówki. Bo potem piżamka nie daje ukojenia, poducha nie kojarzy się z domem, a dziecko nie wie które papcie są Jego... Więc wszystko już mamy, używamy i oswajamy:) "
Całość do przeczytania w podanym poniżej linku
http://karolinawierzykowska.blogspot.com/2014/06/wyprawka-przedszkolaka.html/2014/06/wyprawka-przedszkolaka.html
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Wszelkie prawa zastrzeżone BlueBed - pracownia harciarska | Projekt i wykonanie group4 - sklepy internetowe.
facebook